POWÓDŹ 1908 r.

autor: Przemysław Dyrlaga 

Katastrofalne oberwanie chmury nad Juszczyną w dniu 16 lipca 1908 r. w relacjach prasowych i zapiskach kronik kościelnych

 

W dniu 16 lipca 1908 r. wieś Juszczyna doświadczyła największej w swej historii katastrofy. Burza, która rozszalała się około północy, przeobraziła się w oberwanie chmury. Gwałtowna ulewa spowodowała nieoczekiwaną powódź, która zniszczyła część wsi i stała się przyczyną śmierci 21 jej mieszkańców. Klęska żywiołowa miała tak wielkie rozmiary, że informacje o niej dotarły do parlamentu i ministra do spraw Galicji w Wiedniu oraz Sejmu Krajowego i ck. namiestnictwa we Lwowie. Na miejscu z pomocą pośpieszyły zaś starostwo powiatowe w Żywcu, straże pożarne z Żywca i Zabłocia oraz miejscowi arystokraci, przede wszystkim arcyksiążę Karol Stefan Habsburg z Żywca. Grozę wydarzeń, które rozegrały się w Juszczynie tej pamiętnej nocy, najpełniej obrazują ówczesne doniesienia prasowe i relacje korespondentów – początkowo lakoniczne, później w miarę odkrywania rozmiarów klęski żywiołowej coraz bogatsze w szczegóły. Zainteresowanie prasy, zwłaszcza lwowskiej i krakowskiej, jest tu o tyle istotne, że z relacji korespondentów wynika, że byli oni na miejscu katastrofą już 16 lipca i na własne oczy mogli zobaczyć skutki nocnej burzy. Przekazane przez nich informacje pozwalają nam przez tydzień śledzić związane z sytuacją w Juszczynie wydarzenia dzień po dniu, a ich relacje są tak wymowne, że nie wymagają żadnych dodatkowych komentarzy. W cytowanych poniżej artykułach prasowych zostały zachowane oryginalne właściwości językowe:

 

Oberwanie się chmury.

20 trupów.

Żywiec. (Tel. wł.) Skutki oberwania się chmury nad Juszczynem (w powiecie żywieckim) są przerażające. Dotychczas wydobyto z rzeki Soły 20 trupów. Prócz starosty, który wyjechał na miejsce katastrofy, podążyła tam straż pożarna z Żywca, celem wzięcia udziału w akcji ratunkowej.

Żywiec. (Tel. wł.) Jak już doniosłem, dwadzieścia osób straciło życie, 20 domostw zniszczonych  doszczętnie. Trzy rodziny zrujnowane zupełnie. Zginęło też wiele krów, koni i nie nierogacizny.

Żywiec. (Tel. wł.) O strasznej katastrofie juszczyńskiej zawiadomiono namiestnictwo we Lwowie i klnb ludowców w parlamencie[1].

 

*        *        *

 

Katastrofa w Juszczynie.

          Dziś przed południem nadeszła do Krakowa wiadomość wstrząsająca: wezbrany nagle potok górski zalał pod Żywcem część wsi tak gwałtownie, że zerwał budynki i uniósł je ze sobą wraz z pogrążonymi we śnie mieszkańcami i ich dobytkiem. Straszna katastrofa miała przebieg tak gwałtowny, że nieszczęśliwi, zanim przyszli do świadomości, co się stało, zginęli w falach, porozbijani o kamienie wąwozu.

          Wieś Juszczyna, w powiecie żywieckim, odległa od Żywca o 2 i pół mili, liczy około 1200 mieszkańców, zamieszkujących blisko 300 domów. Parafia w Cięcinie, obszar dworski należy do klucza żywieckiego arcyksięcia Karola Stefana. Mieszkańcy zajmują się rolnictwem i pracą w lasach arcyksiążęcych. Ze wsi emigruje corocznie pewna liczba na pracę do Prus; również emigracya amerykańska jest dość znaczna.

          Zaraz po nadejściu pierwszej wiadomości zaczerpnęliśmy informacyi w Żywcu, zarówno od osób prywatnych, jak w starostwie, które z wielką uprzejmością udzieliło nam wszystkich wiadomości, jakiemi na razie rozporządzało.

       Oto telegramy, które dotychczas otrzymaliśmy, w tej kolei, w jakiej nadchodziły:

          Żywiec. (Tel. wł.) Nocy ubiegłej we wsi Juszczynie pod Żywcem wezbrał nagle potok Juszczynka i zniósł kilkanaście zagród włościańskich wraz z mieszkańcami, którzy potonęli. Do godziny 8 rano wydobyto 21 zwłok, w tem wiele dzieci.

          Żywiec. (B. kor.) Powódź, spowodowana oberwaniem się chmury, przybrała w tutejszym powiecie rozmiary katastrofy. Zwłaszcza we wsi Juszczyna skutki były okropne. Dwadzieścia kilka osób zginęło; w liczbie tej zginęły trzy całe rodziny włościańskie. Woda uniosła wiele bydła i porwała kilkanaście zagród. – Na miejsce katastrofy udał się starosta i straż pożarna z Żywca.

          Żywiec. (Tel. wł.) Stwierdzono do godziny 10 rano, że ofiarą katastrofy padło 22 ludzi. Fale uniosły 46 budynków i 36 sztuk bydła.

         Katastrofę spowodowało oberwanie chmury, które w wąskim wąwozie nieznacznego zazwyczaj potoczka Juszczynki, spiętrzyły ogromne masy wody. Skutkiem silnego spadku terenu w wąwozie, wody te z łoskotem zaczęły spływać, w dół, ku Sole, do której uchodzi Juszczynka i wypełniły dno dolinki, na której zboczach stało kilkanaście zagród chłopskich. Po drodze woda porwała znaczne zapasy drzewa ściętego, leżącego blisko potoku i rzuciła je o ściany chat i stodół, które z strzaskiem runęły i spłynęły, wraz ze wszystkimi i wszystkiem, co wewnątrz mieściły. Działo się to wszystko z przerażającą szybkością, tak dalece, że gdy mieszkańcy pobliskich domów na pierwszy odgłos huku burzy i powodzi wybiegli na dwór i stanęli nad brzegiem, dzieło zniszczenia było dokonane.

         Żywiec. (T. wł.) Pierwsza wiadomość o katastrofie nadeszła telefonicznie do tutejszego starostwa od dzierżawcy dóbr arcyksiążęcych w Wieprzu. W chwilę potem nadszedł raport telegraficzny posterunku żandanueryi.

         Starosta żywiecki Dr Stanisław Porth wyjechał natychmiast na miejsce nieszczęścia w towarzystwie komisarza Krajewskiego.

         Żywiec. (T. wł). Do dziś rana rozpoznano zwłoki następujących mieszkańców Juszczyny: Majcher Świniański z żoną i sześciorgiem dzieci, Wawrzyniec Stanik z żoną Reginą i dwojgiem dzieci: Jan Murański z żoną Maryą i dzieckiem; Józef Stokłosa z żoną Julią i trojgiem dzieci; Paweł Sinduk, pastuch.

         Lwów. (B. kor.) Prezydyum namiestnictwa wyasygnowało doraźną pomoc 3000 koron na ofiary katastrofy w Juszczynie[2].

 

*        *        *

 

Katastrofa pod Żywcem.

         Z Żywca telegrafują do „Gazety Lwowskiej” pod datą wczorajszą:

         W Juszczynie, wsi pow. żywieckiego, nastąpiło tej nocy straszne w skutkach oberwanie się chmury. Woda uniosła kilka domów, wiele bydła, a nawet ludzi.

         W sprawie tej donoszą, z Żywca do „Kuryera Lwowskiego”: Z browaru arcyksiążęcego donoszą telefonem, że w Juszczynie, wsi powiatu żywieckiego, tej nocy nastąpiło straszne w skutkach oberwanie się chmury. Woda uniosła kilka domów, wiele bydła, a nawet ludzi, osób starszych i dzieci, których trupy leżą na brzegach Soły. Uwiadomiono o tem starostwo. Starosta wyjechał na miejsce katastrofy.

         Ze Lwowa telefonują nam:

         „Kuryer Lwowski” (dzisiejsze wydanie poranne) zamieszcza następującą depeszę z Żywca: Z powodu oberwania się chmury utopiło się w Sole 20 ludzi, których zwłoki wczoraj wyłowiono. Prócz starosty wyjechała straż pożarna z Żywca na miejsce katastrofy. Dwadzieścia domostw zniszczonych. Trzy rodziny zrujnowane. Zginęło wiele krów, koni i nierogacizny. O katastrofie zawiadomiono namiestnika i posłów stronnictwa ludowego w parlamencie wiedeńskim.

         W ciągu dnia otrzymaliśmy następujące telegramy:

         Żywiec. Powódź, spowodowana oberwaniem się chmury, przybrała w tutejszym powiecie rozmiary katastrofy. Zwłaszcza we wsi Juszczyna skutki były okropne. Dwadzieścia kilka osób zginęło; w liczbie tej zginęły trzy całe rodziny włościańskie. Woda uniosła wiele bydła i porwała kilkanaście zagród. Na miejsce katastrofy udał się starosta i wyjechała z Żywca straż pożarna.

         Lwów. Prezydyum namiestnictwa wyasygnowało doraźną pomoc 3000 koron na ofiary katastrofy w Juszczynie.

(…)

Po zamknięciu dziennika.

          Z Żywca telegrafują nam:

          Do tej pory skonstatowano, że zginęło 29 osób, które zabrała woda, gdy były pogrążone w śnie; z jednej strony ocalał tylko 11-letni chłopiec, którego woda zrzuciła na drzewo. Domów mieszkalnych zniszczyła woda 9, budynków gospodarskich 20. Dziś. godzina 4 1/2 po południu, woda opada[3].

 

*        *        *

 

Oberwanie się chmury.

         Lwów 16-go lipca.—Skutkiem oberwania się chmury, powódź wyrządził?, ogromne szkody we wsi Juszczynie, w powiecie żywieckim. Woda uniosła kilka domów, znaczną liczbę bydła, a nawet kilka osób starszych i dzieci[4].

 

*        *        *

 

Katastrofa w Juszczynie.

Rozmiary wielkiej klęski żywiołowej, której ofiarą padło onegdaj w nocy kilkunastu ludzi i kilkadziesiąt domów w wiosce Juszczyna pod Żywcem, okazują się zupełnie zgodne z dotychczasowemi doniesieniami. Wezbrane wody spadły na część wioski z tak niesłychaną gwałtownością, że wogóle o żadnym ratunku nie mogło być mowy. Tylko temu, że przeważna część wsi jest położona wyżej, zawdzięczają mieszkańcy jej swoje ocalenie.

          Na wiadomość o katastrofie, wysłaliśmy na miejsce wypadku specyalnego korespondenta, od którego otrzymujemy następującą iuformacyę:

Żywiec 17 lipca.

         Dotychczas wyłowiono z wód Soły 19 ofiar, zatopionych i uniesionych przez wezbrane wody Juszczynki. W liczbie tej jest 8 osób dorosłych, reszta dzieci. Powódź zniosła zupełnie 45 zabudowań, a uszkodziła 40. Także w dalszej okolicy wyrządziła woda ogromne szkody, wiele mostów jest zerwanych, pola zamulone lub zalane.

         Pogrzeb ofiar odbędzie się jutro w sobotę w Cięcinie, gdzie znajduje się kościół parafialny.

         Dotychczas nie zdołano stwierdzić, czy zwłoki wszystkich ofiar są już odszukane[5].

 

*      *        *

 

Katastrofa w Juszczycie.

Żywiec 17 lipca.

         Wieś Juszczyna, powożona na południe od Żywca, w ciasnym wąwozie pomiędzy górami Kiczorą, Grójcem i Przyborem, składa się z dwóch grup domów, rozłożonych ponad potokiem Juszczynką zwanym, uchodzącym do Soły. Potoczek to mały, w porze letniej prawie bezwodny, wzbiera jednak bardzo szybko podczas deszczów, wskutek opadających do niego stromo stoków gór, a wtenczas staje się bardzo rwącym z powodu znacznego spadu. Takie jest położenie wioski, która padła w nocy z dnia 15 na 16 bm. ofiarą burzy, połączonej z oberwaniem chmur. Według urzędownie stwierdzonej relacyi naocznych świadków, przebieg katastrofy był następujący:

         Burza szalała od godz. 12 w nocy, nie wyrządzając jednak szkody. Około godziny 2 po północy, po uderzeniu pioruna, spadł najprzód grad, a bezpośrednio po nim oberwanie chmur nad górną częścią wąwozu juszczyńskiego. Masy wody rwały z sobą krzewy, drzewa, płoty i skały, niosąc je nadół parowem górnej części wąwozu, z czego utworzyła się na jednym z zakrętów ogromna tama, wstrzymująca na chwilę odpływ mas wodnych. Wskutek utworzenia się tamy powstał zbiornik, do którego przez jakiś kwadrans staczały się fale ze stoków gór z ogromną siłą. Tama oczywiście tylko do czasu mogła oprzeć się naporowi fal. Nagle przerwała się, a nagromadzone masy wody, żwiru, kamieni i drzew, runęły z siłą żywiołową na dół wąwozu, porywając z sobą wszystko, co napotkały: drzewa, domy, skały i ziemię; w jednej chwili wąwóz zapełniony był wodą do wysokości 3 metrów.

         O ratunku mowy nie było, gdyż kto z domu wyskoczył, tego prąd porwał, a staczane nim kamienie zabijały. Krzyki nieszczęśliwych ofiar zagłuszył ryk burzy i rozszalałego potoku; straszne sceny zasłoniła ciemna noc.

         Ulewa trwała do godziny 3 nad ranem. Brzask dnia odsłonił straszny widok!

         Jedenaście zagród zupełnie zniesionych z powierzchni ziemi, drugie tyle do połowy zburzonych, ściany ich podmyte, wiszą nad szybko opadającą wodą potoka. Cala dolina zasypana żwirem, odłamami drzew, belkami zniesionych domów i połamanymi sprzętami domowymi! Z pod tych gruzów wyglądają ciała potopionych zwierząt, jak koni, krów, owiec, świń i innego dobytku. Tu i owdzie trup ludzki…

         Dotychczas stwierdzono zgon 22 osób utopionych, z tych wydobyto z wody i gruzów 11. Dalsza akcya w toku. Pięć zwłok uniosły fale Juszczynki aż do Soły; wydobyto je rano w Wieprzu, około arcyksiążęgo folwarku, gdzie się zatrzymały wraz z mnóstwem zabranych sprzętów i gruzów na prowadzącej tam przez Sołę silnie zbudowanej kładce.

         Wiadomość o katastrofie doszła do Żywca dopiero rano, około godziny siódmej, stosunkowo późno, z powodu przerwanej komunikacyi. Natychmiast wyjechał na miejsce starosta p. Porth z żandarmeryą, a na jego wezwanie podążyły za nim straże ogniowe z Żywca i Zabłocia. Niestety cała akcya ograniczyć się musiała już tylko na wyławianiu zwłok ludzkich i ciał potopionych zwierząt domowych z wezbranej Soły, oraz na wydobywaniu ich z gruzów zniesionych domów.

         O katastrofie zawiadomiono zaraz prezydyum namiestnictwa i tutejszych posłów w Radzie państwa, celem uzyskania rychłej pomocy dla nieszczęśliwych.

         Niepodobna zamilczeć o udziale arcyksięcia Karola Stefana w akcyi niesienia pomocy dotkniętym katastrofą.

         Wysłał on zaraz rano dnia 16 b. m. na miejsce wypadku swych urzędników, z poleceniem jak najrychlejszego doniesienia mu o rozmiarach klęski. Zań dnia 17 lipca, wczas rano, gdy tylko przywrócono komunikacyę wozową do Juszczyny, wyjechał sam na miejsce katastrofy, by własną ręką nieść pierwszą pomoc nieszczęśliwym, pozbawionym ostatniego kawałka chleba. Wrócił około południa, przeszedłszy całą wieś, a przywiózł z sobą najbardziej może politowania godną ofiarę strasznej klęski, 10-letniego sierotkę, Władka Stokłosę, któremu żywioł jednym strasznym zamachem zabrał ojca, matkę, pięcioro rodzeństwa i chatę ze wszystkiem w niej i koło niej! Chłopiec wyskoczywszy oknem, porwany prądem wody, zawisł na wierzbie, ratując się instynktowo na jej wierzchołek, gdzie go rano zemdlałego znaleziono. Arcyksiążę oddał biednego chłopca rodzinie swej, oczekującej go w parku przed zamkiem żywieckim, oświadczając, iż postanowił zająć się losem sieroty.                                                            S.[6]

 

*        *        *

 

Katastrofa w Juszczynie. Z Żywca telegrafują: Wczoraj rozpoznano zwłoki następujących ofiar powodzi, mieszkańców Juszczyny: Majcher Świniański z żoną i sześciorgiem dzieci, Wawrzyniec Staniuk z żoną Reginą i dwojgiem dzieci; Jan Murański z żoną Maryą i dzieckiem; Józef Stokłosa z żoną Julią i trojgiem dzieci; Paweł Sinduk, pastuch[7].

 

*        *        *

 

Oberwanie się chmury w Żywieckiem.

Kraków. (Tel. pryw.) „Czas” donosi z Żywca, że wczoraj do g. 10. rano doliczono się 22 ofiar w ludziach. Fale zabrały 46 budynków i 36 sztuk bydła. Katastrofę spowodowało oberwanie się chmury, które w wąskim wąwozie nieznacznego zazwyczaj potoku Juszczynki spiętrzyło ogromne masy wody. Skutkiem silnego spadu wąwozu, wody te z łoskotem zwaliły się w dół ku Sole, do której uchodzi Juszczynka i wypełniły dno doliny, na której zboczach stało kilka za zagród. Po drodze woda zabrała znaczny zapas ściętego drzewa, rzuciła je o ściany chat i sto stodół, które z trzaskiem runęły i w jednej chwili spłynęły wraz ze wszystkimi i wszystkiem, co było wewnątrz. Stało się to z tak przerażającą szybkością, że mieszkańcy pobliskich domów, któ którzy na pierwszy huk pospieszyli nad brzeg po potoku, zanim zdołali zbiedz na dół, dzieło zniszczenia było już dokonane. Starosta żywiecki, dr. Stanisław Pohr [winno być Porth – P.D.], wyjechał natychmiast na miejsce  katastrofy. Dotychczas rozpoznano 20 trupów.

         Z Żywca donoszą do pism krakowskich, iż skon skonstatowano, że zginęło 29 osób, które zabrała wo woda, gdy były pogrążone w śnie; z jednej strony  ocalał tylko 11-letni chłopiec, którego woda zrzuciła na drzewo. Domów mieszkalnych zniszczyła woda 9, budynków gospodarskich 20. Woda opada.

         Prezydjum namiestnictwa wyasygnowało 3.000 kor. dla ofiar powodzi w Juszczynie w pow. żywieckim[8].

 

*        *        *

 

Burze i katastrofy

         Burze, połączone z oberwaniem chmur, spowodowały w wielu stronach kraju wielkie spustoszenia, a w Juszczynie, w powiecie żywieckim, pochłonęły życie i mienie kilkudziesięciu włościan. Zapewne dopiero po paru dniach, na podstawie urzędowych sprawozdań, będzie można wytworzyć pełny obraz szkód, na jakie przede wszystkiem włościanie narażeni zostali. Nie wątpimy, że władze rządowe i autonomiczne pospieszą z wydatną pomocą.

         Nieszczęsna wieś, która padła ofiarą strasznej katastrofy żywiołowej, nazywa się Juszczyna, nie Juszczyn. Juszczyna leży nad potokiem Juszczynką, który wpada do rzeki Soły. Juszczyna leży na południe od Żywca, w okolicy górzystej i należy do parafii rzym.-kat. w Cienciadle [Cięcinie – P.D.]. Mieszkańców liczy ta wieś ponad 1000.

 

         Katastrofa w Juszczynie. Z Żywca telefonują nam:

         Wieś Juszczyna, położona nad potokiem Juszczynka, wpadającym koło wsi Wieprza do Soły, w nocy z środy na czwartek, była miejscem strasznej katastrofy. Zabudowania tej wsi, rozciągają się na stromych stokach gór. Teren katastrofy obejmuje część, położoną bliżej ujścia Juszczynki do Soły.

         Wedle relacyi żandarmeryi, katastrofa spowodowaną została podmuleniem drzew, które obalone i pędzone falami wezbranych wód i spadając ze stoków górskich na domostwa, wepchnęły je do wezbranego potoku. Drugim prawdopodobnym czynnikiem było częściowe usunięcie się stoku górskiego.

         Woda zabrała 42 domostwa, w tem 21 mieszkalnych; z 13 zabudowań nie ma nawet śladu. Zginęło ludzi 26, a to: Majcher Świdziński [Świniański – P.D.] z żoną i sześciorgiem dzieci; Wawrzyniec Stanik z żoną i dwojgiem dzieci; Jan Murański z żoną i dzieckiem; Józef Stokłosa z żoną i trojgiem dzieci i pastuch Paweł Syndyk. — Brak również pięciu robotników.

         Uratował się tylko 12-letni syn Stokłosy. Wody rzuciły go na belkę, którą poniosły i uderzywszy nią o wierzbę, wyrzuciły go na nią. Pokaleczony i zziębnięty przesiedział tam do rana i tak został znaleziony. Chłopak opowiada, że woda zupełnie niespodzianie zalała całą chatę, wdarłszy się przez okna i drzwi. On sam wyskoczył na piec, wkrótce jednak cała chata się rozpadła.

         Zginęło również 36 sztuk bydła.

         Nadto uszkodzonych jest około 40 domów we wsi; domy te zostały delożowane[9]. Rozbite przez fale zabudowania i domostwa Juszczynki popędzone zostały do Soły i we wsi Wieprz utworzyły na Sole kilka metrów długi zator (barykadę wodną). Koło tego zatoru wydobywać zaczęto zwłoki. Dotąd wydobyto ich 15. Reszta musi się znajdować w owym zatorze, między belkami.

         Akcyę ratunkową prowadziła żandarmerya i straż ogniowa z Żywca. Powołano także robotników, którzy mają zator na Sole rozebrać.

         Pogrzeb ofiar odbywa się dzisiaj.

         Dostęp do miejsca katastrofy jest dotąd jeszcze utrudniony, bo wezbrane wody zerwały także kładkę na Sole, do Juszczyny prowadzącą. Żandarmerya dotarła wczoraj do Juszczyny przez Trzebinię, aby rodzinom zatopionym zawieść chleba. Dodać należy, że grad zniszczył zupełnie plony w całej okolicy.

         Z Żywca donoszą nam: Jak wiadomo, uratował się jeden chłopak, 12-letni Władysław Stokłosa, którego rodzina padła ofiarą wylewu w Juszczynie. Mianowicie wyskoczył oknem z chaty i wdrapał się na drzewo. Rano znaleziono go prawie omdlałego na drzewie.

         Arcyksiążę Karol Stefan, który wczoraj rano wyjechał powozem do Juszczyny, przywiózł chłopaka do Żywca i oświadczył, że zajmie się losem biednego sieroty.

 

(…) Co zaś do katastrofy żywiołowej w Juszczynie pod Żywcem i zalania części Podgórza przez Wilgę, to fachowe koła tłumaczą to miejscowemi właściwościami terenu, gdzie miejscowy strumyk lub rzeczka, nie mogąc pomieścić takiej ogromnej, nagle spadłej z oberwaniem chmury, masy wody, mając przytem za wąskie ujście do rzeki (jak n.p. Wilga do Wisły), wodę tę wylały za brzegi z taką siłą, że ta rozlewając się wokół, spowodowała więcej lub mniej groźne zniszczenie[10].

 

*        *        *

 

         Oberwanie się chmury. Onegdaj wydarzył się pod Żywcem straszny wypadek. W nocy we wsi Juszczynka wezbrał nagle potok, wskutek oberwania się chmury, i zniósł kilkanaście zagród włościańskich wraz z mieszkańcami, którzy potonęli. Woda uniosła także bydło. Zginęło ogółem 22 ludzi[11].

 

*        *        *

 

         Burza, która onegdaj szalała ponad całą Galicyą. wyrządziła znaczne szkody, szczególniej na Podhalu.

         W Juszczynie – piszą z Żywca do „Czasu” – burza pociągnęła za sobą ofiary w ludziach. Wczoraj do godziny 10 rano doliczono się 22 ofiar w ludziach. Fale zabrały 46 budynków i 36 sztuk bydła. Katastrofę spowodowało oberwanie chmury, które w wąskim wąwozie nieznacznego zazwyczaj potoku Juszczynki spiętrzyło ogromne masy wody. Skutkiem silnego spadu wąwozu, wody te z łoskotem waliły się w dół ku Sole, do której uchodzi Juszczynka i wypełniły dno doliny, Na której brzegach stało kilka zagród. Po drodze woda zabrała znaczny zapas ściętego drzewa, rzuciła je o ściany chat i stodół, które z trzaskiem runęły i w jednej chwili spłynęły wraz ze wszystkimi i wszystkiem, co było wewnątrz. Stało się to z tak przerażającą szybkością, że mieszkańcy pobliskich domów, którzy na pierwszy huk pośpieszyli nad brzeg potoku, zanim zdołali zbiedz na dół, dzieło zniszczenia było już dokonane. Starosta żywiecki, dr. Stanisław Porth, wyjechał natychmiast na miejsce katastrofy. Dotychczas rozpoznano 20 trupów.

W innych okolicach nieszczęście obeszło się bez wypadków. Potoki i rzeki górskie wezbrały ogromnie silnie. Raba za Mszaną dolną podniosła się tak znacznie, że podmuliła most i tor kolejowy; ruch wstrzymano, wieczornego pociągu, przychodzącego o godzinie 7 do Chabówki nie przepuszczono, zarządzono natychmiast odpowiednie środki zaradcze i prawdopodobnie komunikacya dziś rano została na nowo podjęta.

         Skawa między Skawiną a Radziszowem wskutek ulewnego deszczu w nocy ze środy na czwartek podniosła się tak wysoko, ie zalała tor kolejowy, a pociągi, idące z Krakowa do Zakopanego, przesuwały się w wodzie mając koła wozów do połowy w niej zanurzone. Po południu woda poczęła opada6, poniżej nasypu kolejowego. Ruchu nie przerwano.

         Nawałnica deszczowa szalała silnie w Pieninach. Na szlaku Krościenko – Nowy Targ woda zagraża zerwaniem tartaku i uniesieniem złożonych tam kloców; wieś Harklowa pod Nowym Targiem położona nad samym brzegiem górskiej rzeki przez długi czas była w obawie, by Dunajec, tak jak to było w r. 1893 nie  zalał wprost całej wioski.

         Przejmujące grozą sceny rozgrywały się na drodze z Nowego Targu do Chabówki. Wczoraj odbywał się odpust w Ludźmierzu koło Poronina, na który zjechali się pątnicy, przeważnie włościanki, z odległych stron, nawet z pod Sącza. Pątniczki, nie mogąc wracać pieszo, postanowiły wracać koleją; w drodze dowiedziały się o katastrofie pod Mszaną dolną i przerwaniu ruchu; pozbawione grosza, lamentowały i łkały rozpaczliwie, nie wiedząc, jak do domu się dostać.

         Burza szaleć miała również w okolicach Przemyśla i Dobromila, gdzie spadł silny grad i zniszczył bardzo dojrzewające zboża.

         W powiecie stanisławowskim onegdaj rano nawiedziła burza z gromami i gradem wsie: Wołczyniec, gdzie spaliła się stodoła; Uzin, gdzie piorun spalił dwie chaty i zabił kobietę, Podłuż, gdzie od pioruna padła włościanka i kilka sztuk bydła[12].

 

*        *        *

 

W rubryce „Burze i powodzie”:

Żywiec. (Tel. pryw.) Arcyks. Karol Stefan rano dnia 16. b. m. wysłał na miejsce wypadku w Juszczynie swych urzędników z poleceniem, doniesienia mu jak najrychlej o rozmiarach klęski. Dnia 17. bm. wczesnym rankiem, gdy tylko przywrócono komunikację wozową do Juszczyny, arcyksiążę sam udał się na miejsce katastrofy, aby nieść pomoc nieszczęśliwym, pozbawionym kawałka chleba. Przeszedł całą wieś i wrócił do Żywca około południa, a przywiózł z sobą ofiarę katastrofy, 10-letniego Władysława Stokłosę, który stracił w katastrofie ojca, matkę i pięcioro rodzeństwa, oraz chatę z całym dobytkiem. Chłopak wyskoczył oknem i porwany prądem wody, zawisł na wierzbie; wydostał się następnie na wierzchołek, gdzie go rano znaleziono prawie omdlałego. Arcyksiążę oddał chłopca swej rodzinie, oczekującej go w parku żywieckim i oświadczył, że postanowił się zająć losem chłopca.

(…)

         Żywiec. (Tel. wł.) O uratowanym Stokłosie i jego rodzinie, która utonęła (ojciec, matka i pięcioro rodzeństwa) zdołałem zebrać następujące szczegóły: Ojciec rozbitka był właścicielem sklepiku wiejskiego i domku mieszkalnego. Krytycznej nocy odbywało się właśnie u Stokłosy wesele. By nie wracać podczas ulewy i burzy do domu, goście odeszli koło północy, Stokłosowie zaś położyli się spać. Burza zaczęła nadciągać już nad Juszczynę. Stary Stokłosa zapalił lampę i wyjrzał na pole. Woda zaczęła walić o dom. Stokłosa przerażony wołał najpierw o ratunek, następnie lampę postawił na oknie i schronił się wraz z rodzeństwem na piec. Gwałtowny szturm wody uderzył w tej chwili z piekielną siłą o dom, który natychmiast runął, a wraz z nim poszli w wodę Stokłosowie. Wszyscy utonęli prócz chłopca, którego woda wyrzuciła na brzeg. Chwycił się konwulsyjnie drzewa i dzięki temu ocalał. Poturbowanemu dotkliwie udzielił pierwszej pomocy dr. Fąferko [Adam Fonferko – P.D.] z Żywca, następnie zaopiekował się nim arcyksiążę Karol Stefan. Mały Stokłosa leży obecnie we dworze. Wczoraj, gdy był już świadom okrutnego swego położenia, rozpłakał się rzewnie, Arcyksiążę uspokajał go sam, mówiąc do niego: „Nie bój się, będzie z ciebie jeszcze dzielny obywatel, ja się zaopiekuję tobą“. Obawiał się, by go nie oddano do szpitala i energicznie protestował przeciw temu. Arcyks. Karol Stefan uspokoił go i w tym względzie. Stokłosa otrzymał osobny pokoik i ma zapewnioną opiekę, tak, że niebawem wróci do zdrowia.

         Jakie rozegrały się sceny w innych chatach – niewiadomo, gdyż prócz Stokłosy nie ma świadków tej tragicznej chwili.

         Grad wymłócił wszystkie zasiewy nietylko w Juszczynie, ale i we wsiach okolicznych. Szkody obliczają na kilkadziesiąt tysięcy koron.

         Udzielona pomoc doraźna przez namiestnictwo w kwocie 3.000 koron, jest kroplą w morzu. Poseł Dobija[13] wyraził opinję, że przynajmniej. 40.000 koron będą potrzebne dla dotkniętych klęską elementarną.

         Procesje ludzi nie przestają napływać do Juszczyny. Wczoraj pochowano 16 trupów, 5 jeszcze nie znaleziono[14].

 

*        *        *

 

Z miejsca katastrofy.

(Od korespondenta „Czasu”).

Żywiec, dn. 18 lipca.

         Malownicza to wieś, ta nieznana dotychczas Juszczyna. Zasłonięta z dwóch stron łańcuchem wzgórz tworzących ciasny, miejscami do kilkudziesięciu zaledwie metrów szerokości dochodząca wąwóz, wieś sama rozsypana jest grupami na przestrzeni kilku kilometrów wzdłuż brzegów Juszczynki. Potok niewielki, gdyż długość jego nie przenosi 8 kilometrów, w czasach zwykłych sączy się ledwie. Lecz lada burza, lada ulewa przemienia go w szumiący strumień górski, rozbijający się swobodnie po kamieńcu.

         Juszczynka od lat szeregu nie szkodziła mieszkańcom nadbrzeżnym. Do zabudowań dochodziła nader rzadko, nie nadwerężając ich zresztą nigdy. Więc też z ufnością zbliżano się do „rzeki” i zabudowywano się na jej brzegach, zdobywając nie tylko nowe place pod chaty, ale ponadto ziemię urodzajną, której w górach tak niewiele. „Rzeka” milczała, aż wreszcie wybuchła.

 

         Tłumaczenie katastrofy juszczyńskiej samem oberwaniem chmury nie wystarcza. W górach „oberwania chmur” są częste, przecież nigdy w rezultatach nie są tak straszne. Chmura oberwie się, powyrywa nieco drzew, spławi je wodą na dół, zniszczy dom jeden, dwa… Bo przy każdem oberwaniu chmury woda ma czas spłynąć stosunkowo powoli. Tu tego czasu nie miała i stąd nieszczęście traf zrządził, że woda napotkała przeszkodę. Do przekonania tego dochodzi się odrazu, skoro się stanie na miejscu wypadku.

         Jest to najwyższy punkt wąwozu, u źródeł Juszczynki. Po bokach dwie góry, w środku za niemi trzecia: Grójec, Przybór i Kiczora. Góry boczne, zbliżone ku sobie, tworzą jakby gardziel wąwozu. Jest więc nie tylko wąwóz, ale i kotlina. W kotlinie tej szaleje gwałtowna burza, deszcz pada strugami, szaleje wicher. Woda spływa szybko na dół i nieszczęście chce, że napotyka po drodze paręset metrów obrobionych pni drzewnych, leżących na zboczach. Porywa je z sobą i toczy na dół. Tam jednak, gdzie wąwóz najwęższy, zatrzymuje się belka jedna, druga, trzecia… wszystkie. Muł, skały i powyrywane krzewy dopełniają reszty. Woda sama swoim pędem stwarza tamę, przeszkodę – którą zwalczyć musi. I zwalcza. Nagromadzone masy wodne przerywają tamę, którą same stworzyły i bez przeszkody już przelewają sięw dolinę.

         Jak wysokim był ten wał wody, Indzie miejscowi nie wiedzą. Z tych, którzy pierwsi z nim się zetknęli nie został nikt żywym.

         Ocalił się tylko dziesięcioletni chłopiec, Władek Stokłosa. Ta jedyna ofiara powodzi, którą śmierć ominęła, zajrzawszy jej zbliska w oczy, opisuje dość dokładnie scenę, jaka rozegrała się w chacie jego rodziców w ostatniej, tragicznej chwili. Wszyscy ojciec, matka i sześcioro dzieci byli pogrążeni w śnie głębokim. Nagle rozległ się w ciszy ciemnej izby krzyk ojca. Zbudzili się wszyscy… W chacie była już woda, a z zewnątrz dolatywał szum piętrzących się fal. Ojciec dla uratowania dzieci posadził je na piecu.

         Naraz ,,huknęło coś strasznie – opowiada chłopiec – i wyleciała ściana. Matusia wołała na nas, a potem ja zleciałem z pieca do dołu”.

         Co dalej się działo, chłopiec już nie wie. Nazajutrz znaleziono go w odległości 300 metrów od miejsca, gdzie stała chata rodziców. Utrzymał się na tej wierzbie istotnie cudem, choć nieprzytomny, trzymają; się jej kurczowo. Los sieroty zapewniony. Zajął się nim arcyksiążę Karol Stefan.

         Z wysokości, na jakiej Stokłosę znaleziono na drzewie, wnosić trzeba, że wysokość wody początkowo dosięgała 3 metrów. Wskazują na to także ślady na poobrywanych nurtem brzegach. Im dalej od źródła katastrofy, ślady coraz niższe… Woda rozlewała się, nie tracąc jednak na sile.

 

          Najgorzej działo się u góry wąwozu. Trzy domy mieszkalne oraz zabudowania gospodarcze do nich należące zmiotła woda bez śladu. Lecz i niżej siła wody była ogromna. Jadę wózkiem góralskim wzdłuż rzeki. Miejscami tam, gdzie niegdyś była droga, oparta na twardym skalnym gruncie, niema nic krom wyrwy w skale takiej, że już nie drogą, ale zamulonem polem jechać trzeba. Zdumienie i przerażenie porywa na widok tych wyłomów ogromnych, do których uczynienia trzebaby kilkunastu naboi dynamitowych, a które woda w przeciągu jednej nocy, a raczej w przeciągu paru godzin powybijała.

         W jednem miejscu w pośrodku koryta rzeki widać nawpół zawaloną stodołę. Nie wydaje się możliwem, by woda w takim, możnaby powiedzieć, nieuszkodzonym stanie zdołała ją tu przynieść i osadzić. Pytam więc napotkanego górala, skąd się stodoła tu wzięła?

         – Ano, dyć ona tu stała panoczku.

         – W środku rzeki?

         Pokazuje się, że Juszczynka w tę noc jedną częściowo zmieniła swoje koryto, zabierając wielu gazdom pokaźną część z ich i tak szczupłej a nędznej „dziedziny”.

         Nowa to, a niemniej bolesna, bo ekonomicznie szkodliwa strona katastrofy. Kapryśny strumień prawie wszędzie opuścił łożysko, posuwając się o kilka metrów to na prawo, to na lewo. Tam, gdzie sączył się jego wysychający latem strumyczek, pozostał tylko „kamienieć” zasiany głazami wielkości pięści i głowy. Grunta orne stały się nowem leżem niespokojnej wody. Dziesiątki lat mogą upłynąć, nim „kamieniec” przemieni się na ziemię urodzajną… Straty górali obliczyć łatwo: wystarczy szerokość 5-10 metrów pomnożyć przez długość 8 kilometrów!…

         Arytmetyka zadowoli ciekawość, lecz co nędzę górala wspomoże? Bo Juszczynie grozi w tym roku nędza i przednówek drugi, nim sin pierwszy skończy. Katastrofa, jaka ją teraz spotkała, nie jest pierwszą w tym roku klęską elementarną. Przedtem był grad, a teraz, czego nie dokonała powódź, to zrobiła burza i nawałnica, rozścielająca pokotem zboże po spadzistych łanach. Dlatego pomoc jest konieczna. Doraźnie dopomógł rząd, dopomógł arcyksiążę. Ale to tylko doraźnie.

         Przejeżdżaliśmy koło drewnianej kapliczki nad „rzeką”. Góral westchnął.

         – Ot, panoczku mieliśmy z wiesną stawiać murowaną. Ano, ta jeszcze chyba kilka lat postoi.

         Kto nie widniał na własne oczy, nie wyobrazi sobie, jak siła górskich potoków jest potężna. W odległości conajmniej dwóch kilometrów od pierwszych zniszczonych budowli znajdujemy na głazach dużą, ciężką szynę żelazną z jakiegoś sklepienia piwnicy wyrwaną i aż tu zawleczoną.

         Nieco dalej dom, silnie zbudowany, rozcięty na pół jakby nożem. Jedna połowa poszła z wodą. Inny znów dom porwała woda cały, zostawiając tylko komin sterczący jakby po pożarze.

         – To gorsze jak ogień, moiściewy — mówi góral.

 

         Akcya wydobywania ciał nieszczęśliwych z wody już ukończona. Te, których do tej pory nie znaleziono, pozwoli chyba odkryć przypadek. Zbyt daleko i z pewnością poza granice powiatu musiała je ponieść woda. Tu już nawet szukać nie warto, bo woda tak dalece opadła, że Juszczynkę można wozem wbród przejechać, nie zmoczywszy osi. Tak samo i Sołę.

         W Juszczynie przygnębienie ogromne. Ludzie nie myślą i nie mówią o niczem innem, jak tylko o tem, co się onegdaj stało. Co można naprawiać, naprawiają. Są tacy, co chodzą jak martwi, nie mówią, a patrzą tylko na te wody, toczące się dziś tak skromnie, a że zabarwione są mlecznie, więc opalizujące w blasku słońca, które dziś właśnie, jakby na pogrzeb ofiar, wstało jasne i błyszczące.

 

 

         Góral nasz nie lubi się wywnętrzać. Mówiłem o katastrofie ze starym gazdą napotkanym tam, gdzie stały chaty porwane prądem wody. Rozmawiał ilość długo, a potem urwał i odszedł. Spotkałem go później, gdym jechał do Cienciny,na pogrzeb wyłowionych z Juszczynki i Soły zwłok. Powiedziano mi, że ten człowiek idzie na pogrzeb syna, synowej i wnucząt.

 

         W Juszczynie powiedziano mi, że pogrzeb odbędzie się w Ciencinie [Cięcinie – P.D.] na cmentarzu parafialnym o godzinie 8 zrana. Tymczasem odroczono go do godziny 10. Czekać nie mam czasu. Idę więc jeszcze choć do kostnicy. Widok straszny. Szesnaście martwych ciał ludzkich, mężczyzn, kobiet i dzieci, w trumnach i w oczekiwaniu trumien na ziemi leżących – męczą i przerażają. Twarze straszne, pokrzywione męką konania, zdarzają się pomiażdżone strasznie uderzeniami pni albo głazów. Opowiadano mi, że prawie wszyscy mają połamane ręce lub nogi… Ciała zaczynają się rozkładać. Atmosfera w kostnicy straszna, bolesna. Tyle męki ludzkiej! Uciekam.

         W kościele osób niewiele. Prawie tylko i chyba wyłącznie rodziny tych co potonęli. Bo też z Juszczyny do kościoła parafialnego co najmniej mila. Dziwić się więc ludziom, że w dzień roboczy do kościoła nie idą, trudno. Zresztą może przyszli później.

         Na cmentarzu czerni się szeroką i głęboką jamą mogiła na szesnaście trumien. Mogiła nad opisy wszelkie wymowniejsza.

         Dwadzieścia dwie ofiar w zakończonem tragicznie życiu ludzkiem, pasmo ziemi na nieużytek zmienionej, czterdzieści budynków zniszczonych, a tyleż nadwerężonych. To smutny bilans wypadku. Oto skutki strasznej vis maior. której działanie tylko łagodzić można; przeszkodzić niepodobna.

wm.[15]

 

*        *        *

 

W rubryce „Burze i katastrofy. (Od naszych korespondentów)”:

         Z Juszczyny koło Żywca pisze nam nasz korespondent: Zaraz na pierwszą wiadomość o wypadku w Juszczynie aptekarz Szczepański zawiadomił prezydjum posłów ludowców w parlamencie wiedeńskim o tem strasznem nieszczęściu. Po bliższem rozpatrzeniu się w katastrofie znów doniósł o ofiarach w ludziach, budynkach i żywym inwentarzu. Dziś (niedziela) otrzymał p. Szczepański taką wiadomość z prezydjum ludowców:„Dziękuję za przysłanie wiadomości o klęsce. Zaraz w tym samym dniu, tj. 16. lipca wnieśliśmy wniosek nagły i zarazem na posiedzeniu „Koła polskiego” poleciliśmy ministrowi dla Galicji, ażeby w czasie wakacji czuwał i starał się, by dotkniętym przyszedł rząd z pomocą szybką. Dzisiaj zawiadomił nas, że namiestnik wysłał 3 tysiące koron telegraficznie na doraźną pomoc i że namiestnik ma pojechać na miejsce  dla zbadania szkody. Andrzej Średniawski”.

         Ciągle jeszcze krążą przeróżne wersje i do dotychczas nie wiadomo, ile jest ofiar w ludziach, a wójt [Wincenty Syc – P. D.] sam twierdził dziś przed waszym korespondentem, że osób zatopionych jest 25, to znaczy, że jeszcze dziewięć osób brakowało by. Budynków padło ofiarą 44, wiele jest podmulonych i grożących zawaleniem. Niektóre z nich opróżniono. Rozdzierającym serce widokiem było podczas wczorajszego pogrzebu ofiar wnoszenie do  kościoła w Cięcinie szesnastu trumien. Chyba nie było człowieka, którego oko nie zaszłoby łzami.

         Arcyksiążę Karol Stefan polecił wczoraj w sobotę dyrektorowi dóbr p. Umlaufowi wyjechać na miejsce katastrofy i jako doraźną pomoc wypłacić każdej rodzinie po 50 koron. Nakazał wdrożyć badania i ze strony dyrekcji dóbr co do wysokości szkód.

         Również pewne zapomogi przeznaczyć mieli ks. Lubomirski z Rajczy[16] i hr. Branicki ze Suchy[17].

         Proboszcz żywiecki ks. Markuzel[18] założył komitet ratunkowy.

         Wiadomość o wypadku chciałem Wam zakomunikować we czwartek zaraz rano telefonem. Po półgodzinnem czekaniu na połączenie odpowiedziano z Krakowa, że jedna linja zepsuta, a na drugą trudno się będzie doczekać. Musiałem depeszować. Zaznaczam to dlatego, że często do Lwowa jedna linja zepsuła, a na połączenie trzeba czekać godzinami i ma się wrażenie, jakby Żywiec tylko z łaski łączono ze Lwowem. Jeśli linje nie wystarczają, powinni posłowie wystarać się o jeszcze jedną.

         Dziś (niedziela) wiele osób wybrało się na miejsce katastrofy. Smutne oględziny…[19]

 

*        *        *

 

Pogrzeb ofiar w Juszczynie. Z Żywca pisze nam nasz korespondent. W sobotę przedpołudniem odbył się w Cięcinie pogrzeb odnalezionych dotychczas 16 ofiar katastrofy w Juszczynie. W pogrzebie wziął udział starosta p. Porth ze Żywca, robotnicy hut w Węgierskiej Górce wraz z urzędnikami i liczne zastępy włościan z parani cięcińskiej. Szesnaście trumien przenieśli robotnicy huty w Węgierskiej Górce, pochodzący w znacznej części z Juszczyny, z kostnicy cmentarnej w Cięcinie do kościoła parafialnego. Tu ustawiono trumny wzdłuż całej nawy grupami według rodzin, a więc najprzód Stokłosów ojca i matkę z trojgiem dziatek, dalej Świniarskich [Świniańskich – P.D.] ojca i matkę z trojgiem dziatek, małżeństwo Staników z dwojgiem dziatek i Jana Murańskiego z żoną. Egzekwie i żałobne nabożeństwo odprawił X. proboszcz Dobrzański[20], poczem znów robotnicy z huty odnieśli na barkach trumny na cmentarz, gdzie pogrzebano każdą rodzinę w osobnym grobie.

         Zwłok sześciu osób dotychczas nie zdołano odnaleźć. Przypuszczenie, że się znajdą pod barykadą utworzoną z zabranych domostw na kładce w Wieprzu, nie sprawdziło się. — Barykadę tę rozebrała w piątek doszczętnie straż pożarna z Żywca, znaleziono w niej kilka sztuk potopionego bydła. Poszukiwania trwają dalej.

         Komisya, która dnia 18 hm. badała na miejscu w Juszczynie dokładnie rozmiary katastrofy, stwierdziła to, co już onegdaj podaliśmy: doszczętnie zniesionych jedenaście domów mieszkalnych ze stajniami i szopami, dalszych jedenaście domów mieszkalnych z przynależnymi budynkami gospodarczymi zdemolowanych tak, że je rozebrać trzeba. — Ofiar w ludziach 22 ; dobytku, trzody chlewnej, owiec, utopionych znaleziono ogółem 72 sztuk.                                         S.[21]

 

*        *        *

 

         Katastrofa w Juszczynie. Z Cięciny piszą nam pod datą 19 b. m.:

         Wczoraj 18 b. m. o godz. 10 przed południem odbył się w Cięcinie pogrzeb 16 ofiar strasznej powodzi, jaka nawiedziła w nocy z 15 na 16 b. m. wieś Juszczynę, należącą do tutejszej parafii. Reszty zwłok, t. j. 11, nie odnaleziono jeszcze. Według urzędowych obliczeń straciło życie 27 osób.

         Do głębi wzruszający był widok 16 trumien białych, wnoszonych do kościoła na nabożeństwo. Na czele tak smutnego orszaku niesiono trumienkę dziecięcia. Na jej widok po przestąpieniu progu świątyni, wybuchła publiczność zgromadzona już w świątyni, a z dalekich stron przybyła, tak strasznym płaczem, jak straszną w swych skutkach była cała katastrofa.

         Trumny złożono na kamiennej posadzce w kształcie czworoboku, a obok nich ustawiono świece płonące. Po nabożeństwie żałobnem i egzekwiach ruszył orszak pogrzebowy w tym samym porządku

na cmentarz miejscowy, gdzie złożono zwłoki w wspólnym grobie na wieczny spoczynek. Modlitwa kapłana, grudka rzucona na trumny, „Wieczne odpoczywanie”, „Anioł Pański” i gorzki płacz niezliczonego tłumu wiernych zakończyły ten tak smutny obrzęd.

         W pogrzebie wziął udział starosta żywiecki p. Stanisław Porth, kierujący energicznie całą akcyą ratunkową, wobec czego spodziewać się należy, iż biedacy, pozostali przy życiu, nie odczują tak dotkliwie rozpaczliwego swego położenia.

         Możeby należało zawiązać komitet ratunkowy, którego zadaniem byłoby przyjść z pomocą nie szczęśliwym mieszkańcom.

         Przy odbudowaniu gminy Juszczyny należałoby pomyśleć również o budowie szkoły, której brak na 1000 mieszkańców bije rażąco w oczy. O tem przekonały się setki zwiedzających po katastrofie Juszczynę.

                                                                       (Uczestnik)[22]

 

*        *        *

 

Katastrofa w Juszczynie.

(Od naszego korespondenta).

Żywiec, dnia 20. lipca 1908.

 

         Trzeba być przeciętnie obojętnym widzem, a co najmniej stać w dalekiem oddaleniu od miejsca katastrofy, jaka spotkała wioszczynę górską, Juszczynę, w powiecie żywieckim, by módz spokojnie, dokładnie i bez wzruszenia, bez całego wyczerpywania się nerwowego, i nie ulegać wprost ubezwładnięniu wszelkich zmysłów i sił fizycznych, opowiadać to, co się w tej nieszczęśliwej wsi stało i nie dzielić głębokiej grozy,  siły nieszczęścia i głębokiego współczucia z ich mieszkańcami. Tylko obojętny sprawozdawca dziennikarski, z za powiatu przybyły, mógł na tyle pohamować się we wrażeniach, których wybuch może zalać możliwość wypisania się tuż zaraz po wypadku i był w stanie opisać katastrofę z miejsca – choć w końcu i w nim zagrały nerwy i uległ wzruszeniu, jakie nas wszystkich, sąsiadów juszczyńskich opanowało.

         Po 6 dniach od strasznego wypadku, jestem w stanie szerzej o nim się rozpisać.

         We czwartek rano, godzina 8 1/2 wołają mnie do telefonu. Jeden ze znajomych donosi w ten sposób: „W tej chwili donosi mi zarządca browaru, że tej nocy w Juszczynie było oberwanie się chmury, że woda zabrała wiele domów i potopiła ludzi, których Soła wyrzuciła na brzeg”. Znając położenie Juszczyny i w ogóle warunki wszelkie, nie dawałem wiary i myślałem, że mój informator, znający mnie z tego, że się od czasu do czasu zabawiam w dziennikarza, puścił mi kaczkę, która po obfitym w nocy deszczu pływa aż miło. Wiedziałem przecież, że Juszczyna leży we dwóch brzegach góry, a potoczek Juszczynka, kiedy jak kiedy, ale w lipcu nie lubi się bawić w taką swą objętość, by aż topić domy z ludźmi i bydłem.

         Niestety uwierzyć musiałem, gdy mi mój znajomy zaczyna argumentować: „Prosi mnie właśnie p. Żaczek, bym o wypadku doniósł starostwu, by zarządziło, co należy.” Stoję przy telefonie i słyszę to doniesienie do starostwa. Wiedziałem już szczegóły, więc zaraz proszę o połączenie ze Lwowem, bym tą straszną wieść mógł zakomunikować „Kurierowi”. Po półgodzinnem czekaniu odpowiada Kraków, że linja jedna między Lwowem przerwana, a na drugą trzeba będzie długo czekać. Wobec tego telegrafuję.  Nadaję depeszę również do prezydjum Klubu Ludowców, donosząc o nieszczęściu. Po chwili wyjeżdża już starosta na miejsce wypadku i telefonuje po straż ogniową do Żywca. Wyjeżdża straż żywiecka i zabłocka.

         Wieść o wypadku rozniosła się w mgnieniu oka, kto tylko wolny od zajęć, spieszy na miejsce katastrofy. Spieszy, jak zwykle, i nic nie chce, prócz patrzenia się i łażenia z kąta w kąt, niczego innego.

         Trudno opisać wrażenia, jakich doznawało się na widok katastrofy. Na Sole, pod Wieprzem, barykada drzewna, kolosalna, rozbiła połowę mostu. Połową rzeki odchodziło drzewo, druga połowa zastawiona. Na brzegach – niestety – trupy ludzkie. Tu młoda kobieta (Stokłosina) zupełnie naga, woda obdarła ją z nocnej odzieży, tam znów mężczyzna, tam dziecko, jedno, drugie, kilkoro. Wyraz twarzy tych ludzi okropny, straszny, ze szczerzącym się bólem na ustach. Dzieci stosunkowo najspokojniej wyglądały, te biedactwa potopiły się, jak kurczątka lub jakby kto młodoe szczeniątka powrzucał do wody. Starosta wydaje rozkazy, akcja wydobywania zwłok idzie rzetelnie. Jest ich coraz więcej. Cyfra tego smutnego połowu zwiększa się. Ośmioro, dziesięcioro – ludzi przechodzi dreszcz, wzruszenie, jakaś straszna zmora śmierci, jakby chodziła jeszcze i jakby szeptała, że to jeszcze nie koniec i jakby igrzyska mordercze urządziwszy, szydziła, a potrząsywała swą siłą i chciała pokazywać, co ona to może i czego się jej to zachciało. Czternaścioro—okropność pomyśleć. Czternaście istot ludzkich z żadnej przewiny, niezasłużenie zmarniało. Coraz więcej lamentu i biadania. Mało serce nie pęknie… Raportują staroście; szesnaście trupów wydobyto! Okrzyk przerażenia: Jezus! Marja! Okropna rzecz…

         Po chwili donoszą ze wsi, że 21 ludzi utonęło. Ludzie niemieją z przerażenia. Wiadomość, że uratował się Władek Stokłosa, koi smutek na chwilę. Jeden zaledwie, jeden 12-letni chłopczyna…

         Zjawia się na miejscu wypadku i arcyksiążę Karol Stefan. Na wiadomość o uratowaniu się chłopca, wszyscy pędzą ku niemu. Arcyksiążę prosił zaraz dra Fonferkę, by chłopca zbadał i opatrzył. Miły chłopaczek, rezolutny, opowiedział, co się i jak się w nocy podziało. Przestraszony, potłuczony. Miano go odesłać do szpitala, ale się wypraszał od tego. Zabrał go arcyksiążę do siebie i biedna sierotka tu zapewne odnajdzie swą opiekę, którą mu arcyksiążę przyrzekł, a którą ze śmiercią rodziców stracił.

We wsi – jak po wojnie. Grad wyrżnął wszystkie plony i ziemię poprostu wygolił. – Czterdzieści budynków zabranych, tyleż bydła. Szczątki domów i bydła po drodze. Tu koń, tam krowa, tam paciuki[23]. Widok znów straszny, – wstrząsający. Ludzie chodzą, jak błędni, lamentują, opowiadają ze łzami o „karze bożej”. – Wiele domów podmulonych, grozi zawaleniem. Na opisywanie tych wrażeń, tego okropnego stanu, brakłoby łamów „Kurjera”, ale i wytrzymałości nerwów. Dam temu spokój.

         Szesnaście trupów wydobytych pochowano w sobotę w Cięcinie. Odbył się skromnie ów pogrzeb. Do kościoła parafialnego wniesiono naraz szesnaście trumien, sporządzonych kosztem nadeszłej zapomogi z namiestnictwa. Wzruszenie owładało każdym. Nie było jednak tłumów. Trzy dni zdenerwowania, jakie się przeżyło od chwili katastrofy, rozstrajały dostatecznie, – aby się na dalsze cierpienia można było jeszcze dalej narażać…

         Pochowano 16 osób – pięć jeszcze brakuje. Przynajmniej już ustalono ilość ofiar, bo co chwila, to podawano straszne i o wiele większe cyfry. Trupów w ludziach jest 21. Wystarczy…

         W tej chwili otrzymuję wiadomość, że w Sole wyłowiono w Wieprzu 2 trupy dzieci i jednego trupa dziecka w Zabłociu. Donoszą mi to ze źródła urzędowego. Dziecko wyłowione w Zabłociu przeniesiono do kostnicy w Żywcu. O rzekomem wydobyciu zwłok w Oświęcimie nic tu nie wiedzą w starostwie i zda się to polegać na pogłosce.

         Wiadomość o katastrofie juszczyńskiej widocznie nie znalazła wiary w sferach posłów polskich. We czwartek popołudnia telefonowano stamtąd i, niestety, posłowie otrzymali potwierdzającą odpowiedź.

         O reszcie już wiecie.

         Namiestnik Bobrzyński [24] oczekiwany tu lada dzień. Jeśli nie on sam, to w każdym razie jego zastępca nadjedzie tu dla ocenienia szkód.

         Przyczyną, katastrofy – niezaprzeczenie – jest wielka ilość drzewa budulcowego, nagromadzonego w górnej części wsi w lasach arcyksięcia Karola Stefana. Niema co jednak obwiniać dyrekcji dóbr, ani kogo innego, bo to istny dopust Boży. Latami stało tu drzewo i nic się nie stało – trzeba było tak gwałtownego oberwania  się chmury, jak to w nocy na 16. lipca. Matka Boska szkaplerzna była straszna w tym roku w Juszczynie. Ciężki szkaplerz włożyła na szyje mieszkańców. S.[25]

 

*        *        *

 

Katastrofa w Juszczynie. Donosiliśmy już pokrótce o przerażającej katastrofie, jaka nawiedziła wioskę górską Juszczynę, oddaloną o 2 mile drogi od Żywca. W nocy ze środy na czwartek przez 3 godziny szalała nad całą okolicą straszliwa burza; wśród prawdziwego potopu deszczu, powietrze wstrząsano było raz po raz istnemi konwulsyami orkanu, który śpiących głęboko budził ze snu. Nad Juszczyną nastąpiło oberwanie się chmury. W jednej chwili wezbrany już potok górski, płynący po znacznej pochyłości, zamienił się w lawinę wody i runął na położone niżej chaty góralskie, zmiatając je, jak domki karciane. Nie przebita ciemność nocy i nagłość katastrofy uniemożliwiła wszelki ratunek.

         Przeszło 40 chat zostało zniszczonych i porwanych przez rozszalały żywioł wraz ze wszystkiem, co się w nich znajdowało. Całe rodziny zostały zatopione, z niektórych chat nie uszła ani jedna żywa dusza. Ogółem zginęło 26 osób. Do tej pory zdołano daleko od Juszczyny w różnych miejscach wyłowić 14 zwłok mężczyzn, kobiet i dzieci, a brak jeszcze 12 zwłok. Wyłowione zwłoki wśród powszechnego przerażenia ludności zwieziono do kostnicy w sąsiedniej wsi parafialnej Cięcinie, do której nieszczęśliwa wioska należy. Resztę zwłok uniosła w nurtach swych Soła ku Wiśle.

         Miejsce katastrofy w Juszczynie przedstawia straszny wprost widok: bezładne resztki zburzonych chat, zdruzgotane drzewa, stosy kamieni, naniesionych przez wodę i olbrzymie wyrwy, tworzą dantejski obraz. Przybył do Juszczyny właściciel dóbr tutejszych, arcyksiążę Karol Stefan z Żywca, który, jak wieść niesie, pragnie zająć się losem osieroconych dzieci[26].

 

*        *        *

 

Katastrofa w Juszczynie.

O strasznej katastrofie we wsi Juszczynie, w powiecie żywieckim, piszą do „N. Reformy” co następuje:

         Wieś Juszczyna, położona nad potokiem Juszczynka, wpadającym koło wsi Wieprza do Soły, w nocy z środy na czwartek, była miejscem strasznej katastrofy. Zabudowania tej wsi rozciągają się na stromych stokach gór. Teren katastrofy obejmuje część, położoną bliżej ujścia Juszczynki do Soły.

         Wedle relacyi żandarmeryi, katastrofa spowodowaną została podmuleniem drzew, które obalone i pędzone falami wezbranych wód i spadając ze stoków górskich na domostwa, wepchnęły je do wezbranego potoku. Drugim prawdopodobnym czynnikiem było częściowe osunięcie się stoku górskiego.

         Woda zabrała 42 domostwa, w tem 21 mieszkalnych; z 13 zabudowań niema ani śladu. Zginęło ludzi 26.

         Uratował się tylko 12-letni chłopiec. Wody rzuciły go na belkę, którą poniosły i uderzywszy nią o wierzbę, wyrzuciły go na nią. Pokaleczony i zziębnięty przesiedział tam do rana i tak został znaleziony. Chłopak opowiada, że woda zupełnie niespodzianie zalała całą chatę, wdarłszy się przez okna i drzwi. On sam wyskoczył na piec, wkrótce jednak cała chata się rozpadła.

         Zginęło również 36 sztuk bydła.

         Nadto uszkodzonych jest około 40 domów we wsi, domy te zostały opróżnione.

         Rozbite przez fale zabudowania i domostwa Juszczynki popędzone zostały do Soły i we wsi Wieprz utworzyły na Sole kilka metrów długi zator. Koło tego zatoru wydobywać zaczęto zwłoki. Dotąd wydobyto ich 15. Reszta musi się znajdować w owym zatorze, między belkami.

 

         Akcyę ratunkową prowadziła żandarmerya i straż ogniowa z Żywca. Powołano także robotników, którzy mają zator na Sole rozebrać[27].

 

*        *        *

Zabrane przez wodę budynki Juszczyny wpędzone zostały do rzeki Soły i utworzyły tu ogromny zator.

Koło tego zatoru wydobyto 15 ofiar katastrofy[28].

*        *        *

 

 

Katastrofa w Juszczynie.

          Corocznie na wiosnę w czasie tajania śniegów i w lecie w okresie deszczowym, który przypada u nas zwykle na koniec lipca, czytamy o licznych wylewach, a szczególnie górskie rzeki i potoki, miejscami mało jeszcze albo zupełnie nie uregulowane, stają się przyczyną zniszczenia, a nierzadko porywają za sobą i ofiary w ludziach. Kto widział potoczek górski w czasie posuchy, jak ledwie sączy się po kamykach, a potem kto go obserwował po deszczu, jak toczy z hukiem spienione bałwany i niszczy wszystko po drodze – ten tylko zrozumie, jak niespodzianie może katastrofa powodzi zaskoczyć nadbrzeżnych, mieszkańców.

          Wieś Juszczyna, na południe od Żywca, zajmuje oba brzegi potoku Juszczynki, dopływu Soły, płynącego wąskim a głębokim wąwozem. W nocy z 15 na 16 lipca szalała nad nią burza od godziny 12 w nocy, nie wyrządzając jednak szkody. Dopiero około godziny 2-iej nad ranem po uderzeniu piorunu, spadł naprzód grad, a bezpośrednio potem nastąpiło oberwanie chmury nad wąwozem. Masy wody w jednej chwili wypełniły wąwóz juszczyński, porywając ze sobą wszystko, co napotkały po drodze; dość powiedzieć, że w przeciągu kilku minut wąwóz wypełniła woda do wysokości 3 metrów i pędząc z hukiem utworzyła na jednym ze skrętów rodzaj zatoru z drzewa, kamieni itd. Pod naporem nadpływających fal, zator ten pękł, a nagromadzone masy wody runęły w dół wąwozu, rwąc i niszcząc wszystko po drodze. O ratunku mowy być nie mogło, zbyt niespodzianie spadła na mieszkańców katastrofa, zresztą kto z domu wyskoczył, tego prąd porywał, a staczane nim kamienie zabijały.

          Cudem prawie ocalił się dziesięcioletni chłopiec, Władek Stokłosa, który wraz z rodzicami i pięciorgiem rodzeństwa zamieszkiwał domek nad brzegiem potoku. Wedle jego własnego opowiadania, a zachował pełną świadomość zdarzenia, choć śmierci z bliska zajrzał w oczy, spał wraz z rodzicami i rodzeństwem w chacie, gdy zbudził go krzyk ojca. Gdy się zbudzono, woda była już w chacie, a z zewnątrz dolatywał huk uderzających o ściany fal i niesionych kamieni. Aby ratować dzieci, umieścił je ojciec na piecu. Naraz „huknęło coś strasznie i wyleciała ściana, matusia wołali na nas, a potem ja zleciałem z pieca do dołu” – to są własne słowa opowiadającego.

          Tu już kończy się jego świadomość.

          Nazajutrz znaleziono go w odległości 300 metrów od miejsca, gdzie wznosiła się ich chata, z której ani śladu nie zostało, omdlałego, trzymającego się kurczowo wierzby, na którą się wdrapał, ratując się przed niechybną śmiercią.

          Ponieważ oboje rodzice i pięcioro rodzeństwa Stokłosy padli ofiarą powodzi, arcyksiąże Karol Stefan, właściciel klucza żywieckiego, do którego Juszczyna należy, obiecał wielkodusznie zająć się losem sieroty i zabrał go [ze] sobą do Żywca.

          Ogółem straciło życie w katastrofie juszczyńskiej 22 ludzi, fale zniszczyły 46 budynków i zatopiły 36 sztuk bydła.

          Jestto więc jedna z najstraszniejszych w skutkach katastrof tego rodzaju, które w ostatnich dziesiątkach lat kraj nasz nawiedziły. Przebieg jej, a zwłaszcza tragiczne skutki świadczą najlepiej, jak rozszalałym był straszny żywioł, i jak niespodziewanie klęska zaskoczyła ludność ubogiej wioski.

Świadczy oraz ta katastrofa o potrzebie jak najrychlejszej regulacyi potoków górskich, bo tylko w ten sposób można zapobiedz podobnym wypadkom.

          Rycina nasza na tytułowej stronie przedstawia straszną chwilę zalania chaty Stokłosów, ponadto zamieszczamy dziś szereg zdjęć z miejsca katastrofy.

 

Katastrofa w Juszczynie: Widok Juszczyny po powodzi.

Katastrofa w Juszczynie: Resztki zniszczonych przez powódź chat.

Katastrofa w Juszczynie: Jedyny pozostały przy życiu członek rodziny Stokłosów;
10-letni chłopak Wiadek, którym zaopiekował się arcyksiążę Karol Stefan.

Katastrofa w Juszczynie: Pierwsze zwłoki ofiar powodzi w Juszczynie, znalezione następnego dnia[29].

*        *        *

 

Dzięki prasie katastrofa w Juszczynie zyskała taki rozgłos, że zajęły się nią nie tylko władze powiatowe, za sprawą posła Wojciecha Szweda[30], rodem z Pewli Małej, również galicyjski Sejm Krajowy we Lwowie. Już w dniu 17 września 1908 r. poseł złożył wniosek o bezzwrotną zapomogę w celu pomocy dla gmin powiatu żywieckiego poszkodowanych gradobiciami, powodziami i długotrwałymi deszczami uniemożliwiającymi uprawę:

 

Wniosek.

Mieszkańcom powiatu żywieckiego nawiedzionym w roku 1908 klęskami gradobicia, wylewami wód, i długo trwającemi słotami, raczy Wysoki Sejm na żywność, zasiew gruntów i karmę dla bydła uchwalić bezzwrotną wydatniejszą zapomogę[31].

 

Dzień później – 18 września – podczas 3 posiedzenia 1 sesji Sejmu Krajowego IX kadencji poseł Szwed wniósł wniosek nagły, w którym prosił o udzielenie przez Sejm wydatniejszego wsparcia gminie Juszczyna. Wniosek po przyjęciu przekazano do komisji budżetowej:

 

(…) Marszałek. Z wnioskami zwykłymi postąpię regulaminowo, interpelacyę zaś odstąpię p. komisarzowi rządowemu.

         Przystępujemy przede wszystkiem do załatwienia wniosków nagłych. Do uzasadnienia nagłości swego wniosku ma głos p. Szwed.

 

  1. Szwed. Wysoki Sejmie!

          Mieszkańców gminy Juszczyna powiatu żywieckiego nawiedziła w nocy dnia 16 . lipca br. straszna i niepamiętna burza, połączona z gradem i oberwaniem chmury, która nie tylko ziemiopłody do szczętu zniszczyła i razem z urodzajną ziemią zgarnęła, ale nadto zgarnęła i uniosła 40 budynków mieszkalnych i gospodarczych, 49 sztuk bydła, świń i koni, uniosła również żywność, wozy, odzież i wszystkie ruchomości.

          Ale co najsmutniejsza, że w tej katastrofie zginęło i straciło życie 21 ludzi, — powtarzam, że się 21 ludzi utopiło.

          Ratunek był niemożebny, bo katastrofa nastąpiła zaraz po północy, gdy ludzie spali, a miejscowa rzeczka, która letnią porą wysycha, za kilka minut wzrosła do 5 metrów wysokości, obalała domy i razem z ludźmi unosiła.

          Byli niektórzy, co oknami uciekali z domów, ale woda zaraz ich zalewała i drzewami z rozwalonych domów wbijała we wodę, bo znalezieni utopieni ludzie mieli ręce, nogi, żebra połamane i głowy drzewem porozbijane.

          Nędza u ludności jest wielka, a jest kilkanaście familij, które się z wody wydobyły, ale straciły domy, bydło, żywność, odzienie, i wszystko co mieli, a zostali tylko w jednej koszuli.

          Z tych powodów proszę o przyjęcie nagłości mego wniosku.

 

Marszałek. Czy w sprawie nagłości żąda kto głosu. (Nikt) Ponieważ nikt głosu nie żąda, zatem proszę tych Panów, którzy uznają wniosek za nagły, aby zechcieli rękę podnieść. (Dostateczna liczba.) Wniosek jest uznany za nagły.

         Dla uzasadnienia wniosku ma głos P. Szwed.

 

  1. Szwed. Wysoki Sejmie!

          Szkoda tą katastrofą zrządzona jest bardzo wielka. Uszkodzenie w samych drogach oszacowane jest przez inżyniera powiatowego na 50.000 koron, szkoda zaś w gruntach, plonach budynkach, bydle, odzieży i innych ruchomościach wynosi 155.000 koron i ludność miejscowa tym wypadkiem została doszczętnie zniszczoną.

          Wprawdzie Jego Wysokość Arcyksiążę żywiecki udzielił pierwszej i znaczniejszej pomocy, a Wys. Rząd pospieszył także z wydatniejszym datkiem i Wydział krajowy dał także 1.600 koron, ale to wszystko jest za mało, bo ci ludzie, którzy się nie potopili nie mają domów, nie mają odzieży, nie mają czem się żywić i nie mają czem swoich gruntów obsiać.

          Wysoki Sejm raczy tej tak wielkiem nieszczęściem dotkniętej gminie przyjść z pomocą i udzielić jej wydatniejszej bezzwrotnej zapomogi.

          Pod względem formalnym proszę o odesłanie tego wniosku do komisyi budżetowej.

 

Marszałek. Czy pod względem formalnym żąda kto głosu? (Nikt). Gdy nikt głosu nie żąda, proszę tych Panów, którzy, zgadzają się z tem, aby wniosek p. Szweda odesłać do komisyi budżetowej, by zechcieli rękę podnieść. (Większość.) Wniosek jest przyjęty. (…)[32]

 

W dniu 21 września poseł Szwed złożył kolejny wniosek, tym razem apelując o pomoc finansową dla powiatu żywieckiego z przeznaczeniem na odbudowę dróg i mostów zniszczonych w 1908 r. przez wezbrane wody rzek i potoków:

 

Wniosek.

         Wysoki Sejm raczy uchwalić:

         Radzie powiatowej w Żywcu przyznaje się na odbudowanie mostów i naprawę dróg wylewami wód w roku 1908 zerwanych, bezzwrotną subwencyę w kwocie 40.000 koron i bezprocentową pożyczkę w 10-ciu latach spłacaną w kwocie 50.000 koron[33].

 

O konieczności pomocy poszkodowanym przez klęski żywiołowe gminom w powiecie żywieckim, zwłaszcza zaś Juszczynie, poseł Szwed przypomniał jeszcze raz podczas 6 posiedzenia w dniu 26 września 1908 r., apelując o rychłą i skuteczną pomoc finansową:

 

(…) P. Szwed. Wysoki Sejmie!

         Nie będę się rozwodził nad skutkami tegorocznych szkód elementarnych, bo to poprzedni mówcy tej Wys. Izbie dokładnie wyjaśnili, muszę jednak zaznaczyć, że żaden z powiatów galicyjskich nie doznał takiego zniszczenia, jak powiat żywiecki, gdyż jedna tylko mała rzeczka zatopiła 21 ludzi i 49 budynków wraz z bydłem, odzieżą i ruchomościami uniosła i w tej jednej gminie zrządziła szkody na 155.000 koron, a w powiecie jest 26 większych górskich rzek, które w tym roku po trzy razy nadmiernie wylały, zerwały brzegi i zamuliły urodzajne pola. Dalej burze połączone z gradem zniszczyły plony w 20 gminach, a długotrwała słota nadpsuła siana i zboża, które nie będą użyteczne ani do zasiewu, a zaledwie w połowie do karmy dla bydła.

         W powiecie żywieckim zanosi się na wielki niedostatek żywności nie tylko u ludzi ale i u bydła i nie będzie zdrowego ziarna na zasiew gruntów, a szkoda zrządzona w powiecie wynosi 800.000 koron.

         Wysoki Sejm raczy zatem poszkodowanym mieszkańcom powiatu żywieckiego przyjść w pomoc i udzielić im na żywność, na zasiew i karmę bydła, wydatniejszego wsparcia. Pod względem formalnym wnoszę przekazanie tego wniosku do komisyi budżetowej.

 

Marszałek. Rozprawa otwarta, czy żąda kto głosu? (Nikt). Gdy nikt głosu nie żąda, rozprawa zamknięta, przystępujemy do głosowania. Kto przyjmuje ten wniosek, zechce rękę podnieść. (Większość.) Jest przyjęty. (…)[34]

 

Uzupełnieniem, a w pewnym sensie również podsumowaniem przytoczonych powyżej relacji prasowych oraz fragmentów sprawozdań stenograficznych posiedzeń Sejmu Krajowego i alegatów do nich, są zapisy kronikarskie.

Pierwszy z cięcińskiej kroniki parafialnej skreślony zapewne krótko po tragicznych wydarzeniach jeszcze w 1908 r. ręką ówczesnego proboszcza, ks. Władysława Dobrzańskiego:

 

  1. Dnia 16 Lipca to jest w nocy na czwartek koło godziny drugiej straszna katastrofa nawiedziła gminę Juszczynę, spadł grad, który zniszczył górną Juszczynę i plony zupełnie zniszczył, do tego nastąpiło straszne oberwanie chmury na Przysłopie. Mniejsza część wody spłynęła do Sopotni Małej i pozrywała wszystkie mosty, większa część zaś spłynęła do Juszczyny i sprawiła okropne spustoszenia. Ogromny wał wody z straszną siłą zmiatał, co tylko po drodze napotkał, potargał pola, mosty, drogi, zmiótł kilkadziesiąt budynków, zatopił kilkadziesiąt sztuk bydła i trzody, ludzi zginało 21. Do soboty odnaleziono 16 i w ten dzień odbył się wspólny ich pogrzeb, mianowicie w obecności c.k. Starosty p. Stanisława Portha i przy wielkim udziale wiernych wprowadziłem ich z trupiarni do kościoła, gdzie ich ustawiono na posadzce rodzinami. W środku ustawiono na dziecięcym katafalku krzyż i emblemata Różańcowe, a wszystkie trumny obstawiono świecami. Straszny to był i rzewny widok. Po egzekwijach i mszy św. odprowadziłem ich na cmentarz. Pochowani są we wspólnym grobie na zachodniej części cmentarza pod samym płotem. Później odnaleziono jeszcze troje. Wszyscy ci 19 są wpisani w księdze mortuorum pro Juszczyna[35]. Jan Świniański, ur. 1/6 890, znaleziony został w Kętach i tam pochowany, a Szczepan Stokłosa, syn karczmarza, urodzony w Boguminie, lat około 10, znaleziony został w Żywcu i tam pochowany[36].

 

Drugi zapis kronikarski jest o wiele późniejszy – pochodzi z 1981 r. i został wpisany do juszczyńskiej kroniki parafialnej jako część Kroniki wsi Juszczyna, napisanej przez Karola Ciućkę. Relacja ta jest o tyle interesująca, że stanowi świadectwo żywej jeszcze po kilkudziesięciu latach pamięci o tragicznych wydarzeniach z 1908 r. wśród mieszkańców wsi:

 

         Aż nadszedł nieszczęśliwy rok 1908. Oto nad Juszczyną zawisło straszne nieszczęście. Dn. 16 lipca 1908 roku, w Święto Matki Bożej Szkaplerznej, ok. północy rozszalała [się] nad Juszczyną straszna burza, połączona z oberwaniem chmury. Wezbrane wody potoku Juszczynka w momencie wezbrały bardzo wysoko, do 3 m wysokości. Do tego zgromadzone drzewa na składzie koło wody z lasu Arcyksięcia Habsburga niesione przez wezbrane wody tamowały ujście wód. Na skutek tego woda zalała i zabrała całkiem 8 gospodarstw zupełnie z pow.:

  1. Karczmę i rodzinę Stokłosy Jana, i parę drzemiących przy piwku pijaków,
  2. Świniański Melchior – całe gospodarstwa zabrane,
  3. Murański Andrzej z całą rodziną,
  4. Kudzia Jan – całe gospodarstwo zabrane przez wodę,
  5. Duraj Michał – całe gospodarstwo zabrane przez wodę,
  6. Urbaś Jan – całe gospodarstwo zabrane przez wodę,
  7. Greń Jan – całe gospodarstwo zabrane przez wodę,
  8. Murański Michał – całe gospodarstwo zabrane przez wodę.

         Na dowód tego zdarzenia, to w księdze metrykalnej jest zapisane 21 pogrzebów, które się w jednym dniu odbyły w parafii w Cięcinie.

O katastrofie powodzi w Juszczynie wieść rozeszła się szybko po okolicy, tak że zaraz rano przyjechał Arcyksiążę Habsburg oglądać te straszne szkody w Juszczynie, wyrządzone przez powódź, i kiedy tak spoglądał po urwiskach i powalonych drzewach, zauważył między drzewami grubej wierzby postać prawie już skostniałego chłopca, syna wspomnianego karczmarza Stokłosy, który kurczowo trzymał się rękami drzewa. Arcyksiążę kazał chłopca ogrzać, a następnie zabrał go do swojego pojazdu [i]zaopiekował się nim aż do wykształcenia, tak że został Sędzią Sądu Grodzkiego w Żywcu[37].

 

Po tragicznej powodzi mieszkańcy Juszczyny powoli wracali do normalnego życia – katastrofa otwarła nowy rozdział w historii wioski. Sugestie dziennikarzy i wnioski posła Szweda, które zyskały poparcie innych posłów, nie pozostawały bez echa. W dniu 16 października 1908 r. poseł Szwed wniósł zresztą w Sejmie Krajowym kolejny wniosek, tym razem w sprawie konieczności budowy mostu na Sole w Wieprzu:

 

Wniosek.

  1. Szweda i tow. o budowę mostu na rzece Sole w Wieprzu powiat Żywiec.

 

          Zważywszy, że na drodze gminnej między gminami Juszczyna, Bystra, Brzuśnik i Wieprz nie ma mostu na rzece Sole i wskutek tego nawet podczas mniejszych deszczów komunikacya jest przerwana, bo woda górska nagle zbiera i przewraca wozy, a w ostatnich latach zaszło 8 wypaków utopienia się ludzi;

          zważywszy dalej, że droga ta pod względem komunikacyjnym jest bardzo ważna, bo prowadzi przez kilka gmin – a w pobliżu miasta powiatowego i browaru Żywieckiego łączy się z gościńcem rządowym i z tego powodu most nad rzeką Sołą w Wieprzu jest niezbędnie potrzebny;

          zważywszy na koniec, że koszta budowy mostu obliczone są na 40.000 koron – a Wydział powiatowy dla braku funduszów nie jest w stanie tego mostu zbudować, bo wylewy wód w roku 1908 zrządziły szkody na drogach na 159.300 kor. – a powiat ten należy do najuboższych powiatów w Galicyi;

 

Wysoki Sejm raczy zatem uchwalić:

          Poleca się Wydziałowi krajowemu, ażeby zarządził budowę mostu na rzece Sole w Wieprzu kosztem powiatu i kraju[38].

 

Most zbudowano jednak dopiero po kilkunastu latach, już w odrodzonej Rzeczypospolitej.

Tymczasem w Juszczynie zachodziły już od dawna konieczne, choć wcześniej odkładane zmiany. W 1909 r. na wniosek gminy Juszczyna wydzielono ją z okręgu Sądu Powiatowego w Milówce i przyłączono do Sądu Powiatowego w Żywcu, wiążąc ją tym samym ściślej z miastem[39]. W 1911 r. otwarto w Juszczynie w domu prywatnym szkołę. Trzy lata później rozpoczęto zaś budowę budynku murowanego, do którego nauczanie dzieci przeniesiono w 1924 r.[40]. W 1922 r. powstał komitet budowy kaplicy, którą ukończono po różnych perturbacjach dopiero w 1927[41].

Dziś w Juszczynie jedynymi pamiątkami tragicznych wydarzeń z drugiej połowy lipca 1908 r. pozostaje zaledwie kilka kapliczek zachowanych jeszcze w niektórych przydomowych ogródkach[42].

[1]   „Kurjer Lwowski” z 17 lipca 1908 r., nr 330 (wyd. poranne), s. 1.

[2]   „Czas” (Kraków) z 17 lipca 1908 r., nr 162 (wyd. wieczorne), s. 3.

[3]   „Nowa Reforma” (Kraków) z 17 lipca 1908 r., nr 325 (wyd. popołudniowe), s. 3.

[4]   „Kurjer” (Lublin) z 17 lipca 1908 r., nr 160, s. 4.

[5]   „Czas” (Kraków) z 18 lipca 1908 r., nr 163 (wyd. poranne), s. 3.

[6]   „Czas” (Kraków) z 18 lipca 1908 r., nr 163 (wyd. wieczorne), s. 2.

[7]   „Nowa Reforma” (Kraków) z 18 lipca 1908 r., nr 326 (wyd. poranne), s. 1.

[8]   „Kurjer Lwowski” z 18 lipca 1908 r., nr 332 (wyd. poranne), s. 3.

[9]   To znaczy, że usunięto z nich mieszkańców.

[10] „Nowa Reforma” (Kraków) z 18 lipca 1908 r., nr 327 (wyd. popołudniowe), s. 4.

[11] „Głos Warszawski” z 18 lipca 1908 r., nr 111, s. 3

[12] „Gazeta Lwowska” z 19 lipca 1908 r., nr 164, s. 3.

[13] Ludwik Dobija (1873-1944) – piekarz, młynarz i kupiec w Rybarzowicach, działacz Stronnictwa Chrześcijańsko-Ludowego (ks. St. Stojałowskiego). Członek Rady Gminnej i Powiatowej oraz Rady Szkolnej w Białej (dziś część Bielska-Białej), inicjator budowy ponad 50 szkół 3-6 klasowych. W latach 1907-1918 poseł do austriackiej Rady Państwa. Podczas I wojny światowej dziewięciokrotnie aresztowany za działalność niepodległościową. W 1918 komisarz Polskiej Komisji Likwidacyjnej w Żywcu, przeprowadził mobilizację w pow. żywieckim do 3. pułku strzelców podhalańskich, organizator samoobrony w czasie konfliktu polsko-czeskiego w 1919 r. W latach 1922-27 poseł na Sejm II Rzeczypospolitej I kadencji. Więcej o nim i jego działalności politycznej zob.: J. Krutak, Ludwik Dobija (1873-1944) – niezwykłe dzieje posła z Galicji, „Wadoviana. Przegląd Historyczno-Kulturalny”, nr 18, Wadowice 2015, s. 42-69.

[14] „Kurjer Lwowski” z 19 lipca 1908 r., nr 334 (wyd. poranne), s. 2.

[15] „Czas” (Kraków) z 19 lipca 1908 r., nr 163 (wyd. poranne), s. 1.

[16] Władysław hr. Branicki (1848-1914) – właściciel dóbr suskich. Więcej o nim zob.: M. Ruszczyc, Dzieje rodu i fortuny Branickich, Warszawa 1991, s. 332-339; H. Małysiak, Branicki Władysław (1848-1914) [w:] Słownik biograficzny Żywiecczyzny, red. A. Urbaniec, t. 2, Żywiec 1997, s. 31-32.

[17] Władysław ks. Lubomirski (1866-1934) – arystokrata, kompozytor, właściciel dóbr rajczańskich w latach 1894-1914. Więcej o nim zob.: J. Mikś, Władysław książę Lubomirski z Rajczy, Karta Groni XVIII”, Żywiec 1995, s. 23-26; W. Jura, Lubomirski Władysław (1866-1934) [w:] Słownik biograficzny Żywiecczyzny, red. A. Urbaniec, t. 2, Żywiec 1997, s. 160-161.

[18] Ks. Jan Markuzel (1858-1910)– proboszcz lipnicki w latach 1892-1903, później prepozyt żywiecki w latach 1903-1910.

[19] „Kurjer Lwowski” z 20 lipca 1908 r., nr 335 (wyd. popołudniowe), s. 2.

[20] Ks. Władysław Dobrzański (1847-1910) – proboszcz lipowski 1882-1889, później cięciński w latach 1889-1910.

[21] „Czas” (Kraków) z 20 lipca 1908 r., nr 164 (wyd. wieczorne), s. 2.

[22] „Nowa Reforma” (Kraków) z 20 lipca 1908 r., nr 329 (wyd. popołudniowe), s. 3.

[23] Tu w znaczeniu: świnie, prosięta.

[24] Michał Bobrzyński (1849-1935) – profesor historii prawa polskiego i niemieckiego na Uniwersytecie Jagiellońskim, założyciel tzw. „krakowskiej szkoły historycznej”, jako polityk przywódca konserwatywnego stronnictwa Stańczyków, namiestnik Galicji w latach 1908-1913, w 1917 r. minister do spraw Galicji. O nim zob.: St. Estreicher, Bobrzyński Michał [w:] Polski Słownik biograficzny, t. 2, Kraków 1936, s. 165-168.

[25] „Kurjer Lwowski” z 22 lipca 1908 r., nr 339 (wyd. popołudniowe), s. 3-4.

[26] „Głos Warszawski” z 22 lipca 1908 r., nr 115, s. 2-3.

[27] „Dziennik Kijowski” z 9 (22) lipca 1908 r., nr 144, s. 3.

[28] Katastrofa w Juszczynie, „Świat” (Warszawa-Kraków) z 25 lipca 1908 r., nr 30, s. 19.

[29] „Nowości Illustrowane” (Kraków) z 25 lipca 1908 r., nr 30, s. 1, 8-10. Autorem ryciny ze strony tytułowej był Mazurski.

[30] Wojciech Szwed (1843-1913) – rolnik i cieśla z Pewli Małej, naczelnik gminy Pewel Mała w latach 1867-1913, w 1867 r. wybrany również na członka Rady Powiatowej w Żywcu, został zastępcą marszałka powiatu żywieckiego, zachowując tę funkcję do śmierci, poseł do galicyjskiego Sejmu Krajowego w latach 1896-1913, wybitny działacz ruchu ludowego. Więcej o nim zob.: J. Janik, Szwed Wojciech (1843-1913) [w:] Słownik biograficzny Żywiecczyzny, red. A. Urbaniec, t. I, Żywiec 1995, s. 209; J. Janik, Początki ruchu ludowego na Żywiecczyźnie, „Karta Groni XXI”, Żywiec 2001, s. 133-152; Józefa Maria Suchoń – Urszulanka, Kaplica Najświętszego Serca Jezusa w Pewli Małej i jej fundatorzy, „Gronie”, nr 9, Żywiec 2010, s. 13-18.

[31] Biblioteka Jagiellońska w Krakowie, Alegaty do sprawozdań stenograficznych pierwszej sesyi dziewiątego peryodu Sejmu Krajowego z roku 1908 przytem indeks tych alegatów od l do 456, aleg. 123.

[32] Biblioteka Jagiellońska w Krakowie, Stenograficzne sprawozdania z pierwszej sesyi dziewiątego peryodu Sejmu Krajowego Królestwa Galicyi i Lodomeryi z wielkim Księstwem Krakowskiem z roku 1908. T. I: Od 15 września do 15 listopada 1908, 3 posiedzenie z dnia 18 września 1908, s. 118-119. Zob. też: „Gazeta Lwowska” z 18 września 1908 r., nr 214, s. 4. Por.: Józefa Maria Suchoń – Urszulanka, Kaplica Najświętszego Serca Jezusa w Pewli Małej i jej fundatorzy…, s. 16.

[33] Biblioteka Jagiellońska w Krakowie, Alegaty do sprawozdań stenograficznych pierwszej sesyi dziewiątego peryodu Sejmu Krajowego z roku 1908 przytem indeks tych alegatów od l do 456, aleg 148.

[34] Biblioteka Jagiellońska w Krakowie, Stenograficzne sprawozdania z pierwszej sesyi dziewiątego peryodu Sejmu Krajowego Królestwa Galicyi i Lodomeryi z wielkim Księstwem Krakowskiem z roku 1908. T. I: Od 15 września do 15 listopada 1908, 6 posiedzenie z dnia 23 września 1908, s. 260.

[35] To znaczy : księdze zmarłych prowadzonej dla wsi Juszczyny.

[36] Archiwum Parafii w Cięcinie, Liber memorabilium parochiae cięciniensis, sub anno 1908.

[37] Kronika wsi Juszczyna napisana przez Karola Ciućkę w 1981 r., wyd. M. Dyrlaga, P. Dyrlaga, „Karta Groni XXIII”, Żywiec 2004, s. 247-248.

[38] Biblioteka Jagiellońska w Krakowie, Alegaty do sprawozdań stenograficznych pierwszej sesyi dziewiątego peryodu Sejmu Krajowego Królestwa Galicyi i Lodomeryi z wielkim Księstwem Krakowskiem z roku 1909/1910 przytem indeks tych alegatów od 457 do 712, aleg 548.

[39] Biblioteka Jagiellońska w Krakowie, Alegaty do sprawozdań stenograficznych pierwszej sesyi dziewiątego peryodu Sejmu Krajowego Królestwa Galicyi i Lodomeryi z wielkim Księstwem Krakowskiem z roku 1909/1910 przytem indeks tych alegatów od 457 do 712, aleg 630.

[40] Nasza Szkoła ma 100 lat. 1911-2011. Folder wydany przez Szkołę Podstawową im. Franciszka Polaka w Juszczynie.

[41] Ks. Kazimierz Buba, Życie kościelne wsi i parafii Juszczyna (ok. 1581-1980), Kraków 2000, s. 123-124; zob. też: Monika Dyrlaga, Przemysław Dyrlaga, Zapomniany projekt kaplicy w Juszczynie, „Karta Groni XXIII”, Żywiec 2004, s. 255.

[42] Monika Dyrlaga, Kapliczki, krzyże i figura przydrożna w Juszczynie, „Karta Groni XXIV”, Żywiec 2005, s. 222-228.